Obraz po debacie o Polsce w Parlamencie Europejskim

Data publikacji: 2016-01-21 09:00  |  Data aktualizacji: 2016-01-21 09:12:00
Obraz po debacie o Polsce w Parlamencie Europejskim

Obraz szefowej polskiego rządu tłumaczącej się ze swojej wewnętrznej polityki przed Parlamentem Europejskim jak przed jakimś samozwańczym trybunałem pozostanie na długo w pamięci Polaków. Pani premier zachowywała się z godnością, ale i stanowczością, więc paradoksalnie, ten żenujący spektakl zorganizowany przez eurokratów przyniesie Polsce pewną korzyść. Uświadomił on szerokim kręgom Polaków czym w rzeczywistości stała się Unia Europejska.

 

Kiedy przed ponad 12 laty wabiono Polaków rozmaitymi obietnicami i terroryzowano skrajnie nieuczciwą propagandą, by karnie pomaszerowali do urn i zagłosowali za wejściem naszego kraju do Unii Europejskiej, nad Wisłę zjeżdżały tabuny europosłów, eurokomisarzy i dziennikarzy reżimowych mediów z Francji lub Niemiec, by zapewniać tubylców, że wejście do UE będzie dla ich Ojczyzny skutkować samymi korzyściami. Obiecywali również, że Bruksela będzie szanować politykę wewnętrzną Polski, nie ingerując przy tym w nasze „wartości” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Co warte były te zapewnienia, mogliśmy się przekonać we wtorek.


Mogliśmy zobaczyć, jak premier polskiego rządu zmuszona jest stawić się przed unijnymi politykami, miernotami wyróżniającymi się tylko i wyłącznie przynależnością do jednego z dwóch rządzących Unią gangów politycznych: eurosocjalistów i Europejskiej Partii Ludowej. Obie te kliki zdominowały życie w Parlamencie Europejskim – w poszczególnych krajach popierają wyłącznie swoich kolegów, a wszystkich spoza układu traktują jak intruzów i groźnych radykałów. Tak też odnoszą się do polityków PiS – partii należącej do innego euro-ugrupowania. 


Kuriozalna debata w Strasbourgu unaoczniła Polakom, że w Unii Europejskiej mogą się cieszyć wolnością nie większą niż ta, jaka przypadła w udziale naszym żyjącym w czasach zaborów przodkom. Podobnie jak w tamtych czasach możemy dziś wszak do pewnego stopnia decydować o swoich sprawach, samodzielnie kształtować niektóre gałęzi polityki – jednak wyłącznie do momentu gdy imperator odkryje, że coś narusza jego interesy. Gdybyśmy jednak wzięli pod uwagę zakres wolności osobistej i ekonomicznej, niewykluczone że okazałoby się, iż nasi przodkowie w różnych okresach czasu cieszyli się większą swobodą w tzw. kongresówce (szczególnie w czasach Królestwa Polskiego przed powstaniem listopadowym),  Wielkim Księstwie Poznańskim czy Galicji. Warto też zaznaczyć, że jest pewna rzecz, która na przestrzeni wieków bardzo wyraźnie się zmieniła – polskie elity polityczne pod zaborami musiały zdawać sprawę elitom arystokratycznym czy biurokratycznym, ale jednak będących emanacją władz cesarskich. Dzisiaj natomiast premier polskiego rządu staje przed zgrają euro-wywłok, ludzi nieprezentujących żadnego poziomu, niewykształconych, zajmujących wysokie stanowiska ale nawet nie umiejących komunikować się w najważniejszych europejskich językach.

 

Podstawowym zarzutem eurokratów wobec Polski są rzekome „naruszenia praworządności” i „ograniczenia wolności słowa”, a więc sprawy dotyczące funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego (w stanie, w którym został on zastany po wyborach) oraz zmiany personalne w mediach publicznych. Sytuacja w poszczególnych krajach UE pokazuje, w jaki sposób wspomniana praworządność jest pojmowana – idzie po prostu o zachowanie politycznego status quo, pozostającego efektem konkwisty europejskiej lewicy, tak w sferze politycznej jak i wcześniej w sferze przed-politycznej. Lewica opanowała bowiem wszelkie aspekty życia publicznego w krajach wspólnoty, z polityką na czele. To, że w krajach zachodu odbywają się wybory i władza czasami przechodzi z rąk tak zwanej lewicy do tak zwanej prawicy, nie ma żadnego znaczenia w obliczu tego, że niezmienione i niepodważalne pozostają dogmaty unijnej polityki. Dodajmy – dogmaty te oparte są na zasadach politycznej poprawności, wprost wynikającej z ideologi postmarksistowskiej. Dlatego właśnie artykułowane przez eurokratów „zagrożenie praworządności” rozumieć należy jako obawę, że rząd w Warszawie od głównego europejskiego kursu odejdzie, że zagrożone zostaną interesy polskiego przedstawicielstwa owej rządzącej Europą kliki, którymi przez przynajmniej 8 lat pozostawała Platforma Obywatelska i inne ugrupowania związane z europejskimi potentatami politycznymi. Groźba trwałego odejścia Polski od polit-poprawnej ideologii jest dla wszystkich brukselskich urzędników wyjątkowo przerażająca.

 

Można spodziewać się, że całego tego zamieszania nie doświadczylibyśmy, gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie przejęło retoryki „chrześcijańsko-narodowej” (w dużym cudzysłowie) w aż tak wielkim stopniu. To właśnie niezbędne do wygrania wyborów deklaracje powrotu do chrześcijańskich wartości w życiu publicznym głęboko rozsierdzają panujących w Unii Europejskiej. Nie dość, że ktoś zagraża interesom politycznym i ekonomicznym rządzącej kliki, to jeszcze stawia wyzwanie dominującej ideologii! Nie sposób nie porównać tej sytuacji z niegdysiejszym „podnoszeniem ręki” na przewodnią rolę Związku Sowieckiego! A jak wówczas kończyły się tego typu akty? Niczym innym jak zbrojną interwencją na Węgrzech czy w Czechosłowacji…

 

Wkrótce przekonamy się, czy siły ważące się pozywać polski rząd przed samozwańczy trybunał będą na tyle zdeterminowane, aby stosowną do czasów i okoliczności interwencję przeprowadzić. Tym razem wcale nie muszą to być oddziały eurokorpusu z czołgami, wiemy przecież, że unijni decydenci wyhodowali w Polsce bardzo silną ekspozyturę i agenturę, których przedstawicieli znany publicysta bardzo zasadnie określił mianem współczesnych jurgieltników. Czymże bowiem różni się od zachowania zdrajców z XVIII wieku dzisiejsze pozostawanie na pensji obcych mocarstw przez polityków, dziennikarzy i innych kreatorów życia publicznego w Polsce? Dwa i pół wieku temu posłowie i senatorowie również pobierali regularne pensje od obcych w zamian za wpływanie na polityczne rozstrzygnięcia zapewniające realizację interesów ościennych mocarstw. Historycy publikowali listy polskich posłów i magnatów owe pensje pobierających. Czy tego manewru nie można by dziś powtórzyć i znów stworzyć podobne listy? Zachowanie wielu polityków, wpływowych ugrupowań i znanych dziennikarzy pokazuje, że owszem – można i trzeba! Z pewnością wysoko w tym spisie znaleźliby się działacze i promotorzy Komitetu Obrony Demokracji – tworu nie ukrywającego pobierania pomocy finansowej od bardzo istotnego zagranicznego ośrodka wpływu.

 

Z tego typu stałymi fragmentami gry mamy do czynienia w polskiej rzeczywistości od wieków. Zmienił się tylko poziom bezczelności i zakłamania. Niewątpliwie osiemnastowieczni jurgieltnicy wstydzili się, że przyjmowali pensje od obcych mocarstw – wszak tylko nieliczni się do tego przyznawali. Współcześni nie widzą w tym żadnego problemu. Ogłaszają, że żyjemy w zupełnie innym świecie, a Europa jest otwarta, wobec czego europejska współpraca jest możliwa i konieczna. I stają się w ten sposób nie tajną, ale jawną ekspozyturą obcych interesów w Polsce.

 

Piotr Doerre

 

 

W dalszym ciągu zachęcamy do wyrażenia swojego sprzeciwu wobec ingerencji eurokratów w polskie sprawy wewnętrzne. Zaprotestuj na tej stronie



źr. PCh24.pl

 
 

.